
Podróżując, zawsze staram się odwiedzać cmentarze. To tam, w ciszy, najlepiej widać mentalność i kulturę żywych. Jednak odwiedzanie cmentarzy w Europie to czysta „przyjemność” w porównaniu z tym, co oglądam tutaj, w Botswanie. Zapomnijcie o zadbanych alejkach, zniczach i marmurach. Tutejsze cmentarze to najczęściej skrajnie zaniedbane, zarośnięte wysuszoną trawą i buszem połacie ziemi.
A paradoks polega na tym, że sam pogrzeb w Botswanie to impreza z ogromnym rozmachem.
Krowa na talerzu i walka o garnek
Pogrzeby tutaj są huczne, głośne i – co dla nas może brzmieć szokująco – można się na nich porządnie najeść. Rodzina zmarłego ma absolutny, uwarunkowany społecznie obowiązek nakarmienia wszystkich, którzy się pojawią. A pojawiają się tłumy. Na tę imprezę towarzyską ciągną sąsiedzi, znajomi, bliższa i ta najdalsza, niezwykle liczna rodzina, z którą zmarły nie widział się... pewnie od ostatniego pogrzebu u kuzyna. Gdy tylko w rewirze rozchodzi się wieść, że ktoś umarł, ludzie chętnie wpadają na darmową, tradycyjną wołowinę.
Żeby udźwignąć ten tłum, koniecznie trzeba zabić krowę. A jak zmarły był osobą znaną, szanowaną ale niekoniecznie majętną – na posterunku lądują nawet dwa dorodne bydlaki. Przejeżdżając przez botswańskie wioski, łatwo namierzyć te wydarzenia. Kiedy zobaczycie podwórko szczelnie zastawione wielkimi namiotami, to z dużym prawdopodobieństwem nie jest to wesele, ale pogrzeb.
Przy tak masowym spędzie wjeżdża twarda, patriarchalna hierarchia. Na pogrzebie pierwszeństwo do wielkiego garnka z wołowiną mają starsi, potem jedzą dorośli, a na samym szarym końcu – dzieci. Słyszałam, że w przypadku skromniejszych rodzin lub wyjątkowo żarłocznych gości, dla dzieciaków żarcia potrafi po prostu zabraknąć.
Gdy goście się rozjadą, dla kobiet z rodziny zmarłego robota wcale się nie kończy. Po tym, jak przez 3 do 5 dni stały bez przerwy w potwornym upale przy wielkich garach, czeka je ostateczny rytuał oczyszczenia. Muszą wyprać absolutnie wszystkie rzeczy osobiste i ubrania zmarłego, a następnie rozdać je lokalnej społeczności.
Od domowych chatek do zapomnienia pod zieloną siatką
Kiedyś podejście do śmierci miało tu zupełnie inny wymiar. Zmarłych chowano bezpośrednio na podwórku, blisko tętniącego życia klanu. Budowano im nawet oddzielne, miniaturowe chatki. Rodzina głęboko wierzyła, że zmarły przodek nie odszedł na zawsze – że siedzi tam, przygląda się codzienności, doradza w kryzysach i pomaga odpędzić złe moce od obejścia.
Dziś, pod wpływem zachodnich wzorców i urbanizacji, zmarłych chowa się na oficjalnych cmentarzach. I... po prostu się o nich zapomina. Gdy z czystej, psychologicznej ciekawości zadałam lokalsom pytanie: „Czy odwiedzacie groby swoich bliskich?”, zobaczyłam wielkie, okrągłe ze zdziwienia oczy. Odpowiedź brzmiała krótkie: „No nie”. Ktoś został zakopany w ziemi, tam sobie leży i temat jest zamknięty. Jedyny grób, na jaki większość z nich może liczyć, to tak zwany „shade” – prymitywna konstrukcja sklecona z drutów i zielonej, plastikowej siatki ogrodniczej, która ma po prostu odgradzać kopczyk od biegających samopas kóz.
Za to rodzina? Cóż, rodzina bardzo cieszy się ze spadku. Dzisiaj, wracając z zakupów, robiłam na szybko zdjęcie z samochodu – wybaczcie słabą jakość. Przedstawiało bliskich zmarłego, którzy tuż po pogrzebie, z szerokimi uśmiechami na twarzach, dzielili między siebie pozostawione dobra. Życie toczy się dalej, a kalorie z pogrzebowej krowy trzeba szybko spieniężyć. Śmierć jest tu codziennością. Spytałam kiedyś siostrę właścicielki domu, który wynajmuję w Maun, bo akurat elegancko ubrana wybierała się na kolejną uroczystość, ile w tym roku miała już pogrzebów. Spojrzała na mnie i rzuciła z rozbrojącą szczerością: „Cztery. Tylko w ostatnim tygodniu”.
Ciche pogrzeby dzieci. Tabu i obrona męskiej energii
Istnieje jednak na sawannie obszar śmierci, o którym nie mówi się głośno i który drastycznie różni się od hucznych pogrzebów dorosłych z tradycyjną wołowiną. To śmierć niemowląt i małych dzieci. Tutaj nie ma namiotów, nie ma rzezi krów, nie ma radosnego zjazdu dalekich krewnych. Wszystko odbywa się w absolutnej, gęstej ciszy, bez jakiejkolwiek publicznej celebracji.
Z perspektywy tradycyjnych wierzeń afrykańskich, noworodek i niemowlę do pewnego momentu nie są jeszcze uważani za pełnoprawnych ludzi ani członków społeczności. Człowiek zyskuje tu podmiotowość i status społeczny dopiero poprzez rytuały przejścia – nadanie imienia, ząbkowanie czy wreszcie inicjację dojrzałości. Śmierć malucha, który nie przeszedł tych etapów, nie jest traktowana jako odejście członka klanu, lecz jako „nieudane przyjście” na świat. Duch po prostu zajrzał do świata żywych i uznał, że to jeszcze nie ten moment.
Dlatego takie pochówki odbywają się błyskawicznie – wczesnym rankiem lub o zmierzchu. Ciało dziecka nie trafia na oficjalny cmentarz pod zieloną siatkę. Dawniej grzebano je pod progiem domu, wewnątrz obejścia lub na tyłach chaty, wierząc, że dzięki temu bezimienny duch szybko i bez przeszkód powróci do łona tej samej matki przy kolejnej ciąży. Nadmierna, publiczna żałoba była wręcz surowo zakazana – mogłaby zasmucić i zatrzymać ducha, blokując jego ponowne narodziny.
Wokół tego procederu narosło potężne tabu, głęboko zakorzenione w obronie... męskiej energii życiowej. W tradycyjnych obrzędach pochówku małych dzieci mężczyźni mają absolutny zakaz udziału. Całą procedurą – od obmycia ciałka, przez wykopanie małego dołu, aż po zasypanie ziemi – zajmują się wyłącznie kobiety: matka, babka, rodowe ciotki.
Dlaczego? Mężczyzna w tradycyjnym społeczeństwie to myśliwy, wojownik i obrońca stada – jego energia musi być synonimem siły, witalności i sprawczości (vital force). Śmierć istoty tak kruchej, niedojrzałej i bezbronnej jak niemowlę niesie ze sobą potężny ładunek destrukcyjnej, "zimnej" energii porażki. Uważano, że gdyby dorosły mężczyzna zbliżył się do pochówku takiego noworodka, dotknął ciała lub choćby spojrzał w głąb miniaturowego grobu, jego wewnętrzna siła życiowa zostałaby drastycznie skażona i osłabiona. Mógłby stracić męskość, stać się tchórzem na polowaniu, zachorować lub sprowadzić nieszczęście na swoje stada. Kobiety brały więc ten mistyczny ciężar na swoje barki, by chronić witalność swoich facetów, od których zależało fizyczne przetrwanie całej wioski.
Dziś, pod wpływem chrześcijaństwa i islamu, te tradycje powoli odchodzą do podziemia. Misje religijne upowszechniły chrzest dzieci i wymuszają godne, cmentarne pochówki parafialne. Jednak wjeżdżając głębiej w busz, między tradycyjne podwórka z gliny i szałwii, echa tych starych lęków wciąż są żywe. Sawanna nie lubi marnować energii – ani tej fizycznej, ani tej ukrytej w rytuałach.